Internet przeżywa coś, co można nazwać cyfrową plagą. Nie chodzi o hakerów ani wirusy, ale o zalew treści generowanych przez sztuczną inteligencję – od recenzji produktów i książek po artykuły i piosenki. Zjawisko to, nazywane AI slop, podkopuje zaufanie konsumentów i stawia firmy przed trudnym dylematem: jak zachować autentyczność w świecie, w którym maszyny produkują treści szybciej i taniej niż człowiek? Najnowsze raporty i wypowiedzi ekspertów wskazują, że walka ta może być z góry przegrana.
Jak AI slop niszczy zaufanie w sieci
W 2025 roku firma badawcza Gartner opublikowała wyniki ankiety, z których wynika, że 53 proc. konsumentów nie ufa wynikom wyszukiwania i streszczeniom wygenerowanym przez AI. Z kolei globalne badanie przeprowadzone przez Baringo pokazało, że 70 proc. internautów czuje się niekomfortowo w kontakcie z mediami stworzonymi przez algorytmy. Te liczby nie pozostawiają wątpliwości – zaufanie do treści online jest w kryzysie.
Niel Bornman, dyrektor ds. mediów połączonych w Publicis Groupe, opisuje atmosferę jako paranoję otaczającą cyfrowe doświadczenia. Według niego znaczna część użytkowników, zwłaszcza młodszych pokoleń, przyjmuje domyślnie, że wszystko, co widzą w sieci, jest fałszywe. Taka postawa utrudnia markom budowanie autentycznych relacji z odbiorcami. „Zainteresowanie kosztuje teraz znacznie więcej” – podkreśla Bornman.
„Znaczna część ludzi, szczególnie młodsze pokolenie, działa pod wpływem założenia, że wszystko, co widzą w internecie, jest fałszywe. To sprawia, że markom trudniej nawiązać prawdziwą więź z odbiorcą.”
Niel Bornman, Publicis Groupe
Nowe pole bitwy dla marek
Według Bornmana fałszywe recenzje i wyszukiwarki oparte na AI stały się „najnowszym polem bitwy” o uwagę klienta. Niektóre firmy odnotowały nawet 35-procentowy spadek ruchu organicznego, ponieważ silniki AI podają natychmiastowe odpowiedzi, które zatrzymują użytkowników przed wejściem na oficjalne strony. W efekcie przedsiębiorstwa wydają więcej na reklamy typu pay-per-click, a jednocześnie same muszą produkować treści za pomocą AI, by zachować widoczność w wynikach wyszukiwania. „To trudny dylemat – chcą uniknąć skandalu związanego z AI slopem, ale jednocześnie muszą funkcjonować w tych systemach” – dodaje Bornman.
Bitwa o autentyczność – co robią firmy i wydawcy
Walka z AI slopem przybiera różne formy. Wydawcy książek, jak Hachette, wycofują powieści podejrzane o użycie AI – w marcu 2025 roku z półek zniknęła książka Shy Girl po zarzutach, że fragmenty zostały napisane przez maszynę. Autor twierdził, że nie korzystał bezpośrednio z AI, ale redaktor wstawił wygenerowane fragmenty do wczesnej wersji. Spór ten uwidacznia nerwowość całej branży.
Dan Conway, dyrektor Publishers Association, porównuje obecną sytuację do „dzikiego zachodu”. LLM-y (duże modele językowe) pochłaniają cudzą treść i wykorzystują ją bez umiaru. Jak mówi, gdy tylko klub piłkarski podpisuje kontrakt z gwiazdą, na Amazonie pojawiają się dziesiątki biografii wygenerowanych przez AI. „Może to brzmieć niegroźnie, ale gdy te same nieścisłości trafiają do materiałów medycznych lub edukacyjnych, konsekwencje są poważne” – alarmuje Conway.
Platformy reagują, ale niespójnie
Platformy społecznościowe i streamingowe także podejmują działania. LinkedIn ogłosił walkę z „generycznymi” treściami pozbawionymi oryginalności, jednocześnie wprowadzając przycisk „przepisz z AI” w edytorze postów. YouTube uznał zarządzanie AI slopem za jeden z priorytetów na 2026 rok. Pinterest opatruje obrazy wygenerowane przez AI specjalnymi etykietami, a Spotify zdjął miliony botowych utworów dzięki systemom wykrywania spamu. Jednocześnie rośnie rynek narzędzi do detekcji i weryfikacji treści – zdaniem Bornmana, menedżerowie coraz częściej pytają, czy muszą w nie inwestować.
Detekcja AI – broń obosieczna
Największym problemem związanym z narzędziami do wykrywania treści AI jest ich zawodność. Większość z nich nie potrafi z całą pewnością stwierdzić, czy coś napisał człowiek, czy maszyna – podaje jedynie prawdopodobieństwo. To prowadzi do fałszywych alarmów, w których całkowicie ludzkie teksty są błędnie oznaczane jako sztuczne.
Ivana Bartoletti, dyrektor ds. prywatności w Wipro, zwraca uwagę na dyskryminacyjny wymiar tych systemów. Jako osoba, której ojczystym językiem nie jest angielski, pisze w sposób bardzo uporządkowany i zwięzły – często używa punktów i krótkich zdań. Gdy przepuszcza własne teksty przez detektory AI, są one regularnie oznaczane jako maszynowe. „To poważny problem sprawiedliwości” – mówi Bartoletti. „Osoby neuroatypowe, nie-native speakerzy lub piszący w bardziej schematyczny sposób są znacznie częściej fałszywie oskarżani o używanie AI”. W środowisku rekrutacyjnym i korporacyjnym takie błędy mogą prowadzić do niesłusznych decyzji.
Dodatkowo pojawia się pytanie o granice dopuszczalnej pomocy AI. Bartoletti pyta retorycznie: „Jeśli 5 proc. tekstu pochodzi z AI – czy to jeszcze akceptowalne? A 50 proc.? To już nie jest czarno-biały problem”.
Wyścig zbrojeń – AI walczy z AI
Mel Morris, założyciel Candy Crush i dyrektor Corpora.ai, ostrzega, że systemy detekcji są z natury zawodne – podobnie jak antywirusy, które przepuszczają zagrożenia i fałszywie blokują bezpieczne pliki. Jego zdaniem rozwój narzędzi do oszukiwania detektorów przebiega równolegle: programiści celowo wstawiają do treści AI błędy ludzkie lub maskują typowe wzorce językowe chatbotów. „To klasyczna gra w kotka i myszkę, w której obie strony – generowanie i wykrywanie – napędza sztuczna inteligencja” – mówi Morris.
Co więcej, sam sposób pisania ludzi zaczyna się zmieniać. Morris zauważa, że osoby konsumujące duże ilości treści AI nieświadomie przejmują jej styl, co utrudnia odróżnienie człowieka imitującego maszynę od rzeczywistego wyjścia AI. W efekcie coraz częściej dochodzi do kuriozalnych sytuacji, w których studenci są karani za rzekome użycie AI, choć ich eseje są w pełni autorskie. „Profesjonaliści muszą udowadniać swoje człowieczeństwo algorytmom” – dodaje Morris.
„W pewnym momencie musimy przestać zakładać, że coś, co powstało przy użyciu AI, automatycznie jest bezwartościowe.”
Mel Morris, Corpora.ai
Czy walka z AI slopem ma sens?
Niektórzy eksperci sugerują, że całkowite eliminowanie treści AI z internetu jest nierealne i niepotrzebne. Morris przekonuje, że zamiast skupiać się na pochodzeniu treści, powinniśmy oceniać ich rzetelność i dokładność. „Wiele legalnych firm korzysta dziś z Claude’a czy Gemini do budowania stron, pisania tekstów czy optymalizacji procesów. Obecność AI nie czyni tych informacji fałszywymi”.
Simon James, wiceprezes ds. nauki danych i AI w Publicis Sapient, uważa, że kluczem jest samoregulacja i dobrowolne oznaczanie treści wygenerowanych przez AI. Jego zdaniem prawo, takie jak unijny AI Act, może nadążać za technologią. „Zanim przepisy wejdą w życie, technologia może już wyprzedzić ich założenia. Dlatego ważne jest, by firmy same deklarowały, co powstało przy pomocy AI – zamiast udawać, że tego nie widać”.
Bartoletti dodaje, że detekcja to tylko jeden z elementów układanki. Potrzebujemy także edukacji, regulacji i ludzkich procedur. „Te systemy są tak silne, jak ramy, które je otaczają”.
Przyszłość internetu w dobie AI slopu zależy od wyborów, jakich dokonają firmy. Czy internet stanie się bardziej inteligentny, efektywny i kreatywny – czy też, jak głoszą niektórzy, już jest martwy? Odpowiedź dopiero się wyłania, ale jedno jest pewne: walka o zaufanie dopiero się zaczyna, a jej stawka jest ogromna.

